czyli, prace nad wytyczeniem Szlaku śladami księdza Stefana Wyszyńskiego w Kozłowieckim Parku Krajobrazowym idą pełną parą.

 

Pierwsze kroki w realizacji idei Szlaku śladami księdza Stefana Wyszyńskiego po Lasach Kozłowieckich zostały postawione (także w sensie dosłownym) już w marcu br. Wtedy to grupa „interesariuszy”, przedstawicieli instytucji, którym w szczególny sposób zależy na realizacji tej idei (Katolickie Stowarzyszenie „Civitas Christiana”, Muzeum Zamoyskich w Kozłowce i Zespół Lubelskich Parków Krajobrazowych) przemierzyła odcinek planowanego szlaku przebiegający po samym kompleksie Lasów Kozłowieckich. Pisaliśmy o tej wyprawie na naszej stronie. Jednakże znaczna część szlaku mierzącego w sumie ponad 20 km przebiega poza zwartym kompleksem leśnym, po terenie otwartym. I przede wszystkim te właśnie odcinki postanowiliśmy przejść aby upewnić się gdzie potrzebne będzie wprowadzenie odpowiednich oznaczeń i gdzie możliwe będzie ustawienie tablic informacyjnych. Podobnie jak marcową porą tak i październikową pogoda nas nie rozpieszczała. Mieszana grupa pracowników trzech wspomnianych na początku instytucji (ze strony ZLPK obecni byli przedstawiciele Biura i Ośrodka Zamiejscowego w Lubartowie) pod wodzą Pani Anny Fic-Lazor, dyrektor Muzeum Zamoyskich w Kozłowce, ruszyła na szlak w padającym deszczu. Nie był on intensywny ale podobnie jak komar czy mucha – choć niegroźne, to jednak strasznie denerwują. Trakt z Kozłówki do Samoklęsk byłby zapewne dość przyjemny gdyby właśnie nie siąpiący z nieba, bardzo potrzebny skądinąd, deszczyk. Dolina rzeki Parysówki, w której to rzeczce niegdyś żyły nawet raki, zachwyciła oko przyrodnika tym akurat, czego rolnicy i melioranci nie lubią, czyli odradzającym się naturalnym porządkiem – dzikością. Z całą pewnością stanowić ona będzie jedno z ciekawszych miejsc na szlaku, bo spośród usychający olch, gąszczu trzcin i krzewów nieraz wychynie sarenka czy nawet łoś. Marząc o wielkim łopataczu i wpatrzeni w białą, strzelistą kaplicę grobową Zamoyskich majaczącą na horyzoncie doszliśmy do gminnej miejscowości Kamionka, w której szlak skręca na południe i niestety musi na niewielkim odcinku biec drogą asfaltową – dość ruchliwą.

 

Ruski co strzelał do Matki Boskiej

 

Ale wkrótce znów zgrabnie zmykamy z asfaltu na piaszczystą drogę gruntową, bo jak napisał swego czasu przyrodnik-poeta doc. Sergiusz Riabinin „rosnąć można tylko z ziemi, po asfalcie można się jedynie toczyć”. Czując matkę ziemię pod nogami ruszyliśmy na południe w kierunku słynnych stawów w Samoklęskach. Obiekt to co prawda dość luźno związany z postacią niebawem błogosławionego Stefana kardynała Wyszyńskiego, ale parafrazując wąsatego Onufrego Zagłobę „nie skorzystanie z takiej okazji byłoby grubiaństwem”, tj. nieskorzystanie z okazji bycia na tym najciekawszym obiekcie ornitologicznym w okolicach Lublina byłoby co najmniej przejawem gapowatości. Idziemy zatem, a tymczasem po drodze spotykamy krzyż, który w pewnym sensie nawet pasuje do życia i postaci autora „Ślubów Jasnogórskich”. Krzyż jest nieszczególny, ot typowy jakich pełno na cmentarzach, zrobiony z metalowych rur. Otoczony jest metalowym ogrodzeniem a obok rosną dwa krzewy różane. Za to na krzyżu prócz postaci Zbawiciela zawieszony jest naruszony już zębem czasu wizerunek Jego Świętej Matki w wersji Częstochowskiej. Ale najciekawsza jest treść wiszącej poniżej tablicy:

TU STAŁ KRZYŻ DREWNIANY

ŻOŁNIERZ RUSKI STRZELAŁ

DO WIZERUNKU MATKI BOSKIEJ

CZĘSTOCHOWSKIEJ

3.VIII.1944 ROKU W TYM DNIU SAM

SIĘ ZASTRZELIŁ KRZYŻ

USUNIĘTO W 1974 R.

NA PAMIĄTKĘ TEGO

WYDARZENIA CHENTNI

PARAFIANIE POSTAWILI NOWY

KRZYŻ 2.VI.2006 R.

JEZU UFAM TOBIE

[zachowano układ i pisownię oryginału]. Cóż, wypadało jedynie westchnąć z politowaniem nad bezbożną głupotą „wyzwoliciela” i mieć nadzieję, że Pan Bóg w swej niezmierzonej dobroci wybaczy mu ten nierozsądny postępek. Bo ruski czy nie ruski, czy nawet niewierzący, też był przecież… dzieckiem Bożym…

Tymczasem jednak teren opada w dół (oczywiście w takim zakresie, w jakim może opadać na równinnej Wysoczyźnie Lubartowskiej), to nieomylny znak, że zbliżamy się do Stawów w Samoklęskach. Olbrzymi ten kompleks sztucznych zbiorników wodnych wykopanych w dolinie rzeki Minina przez Kuszlów jest dziś, obok czysto hodowlanych jego funkcji, także bardzo cennym obiektem ornitologicznym. Zwłaszcza podczas wiosennych i jesiennych przelotów gromadzą się tutaj bardzo licznie przedstawiciele wielu gatunków ptaków, zwłaszcza blaszkodziobych i brodzących. Jest to też teren, na którym żerują ptaki drapieżne z największym krajowym gatunkiem – bielikiem. Stawy ledwie zahaczamy w północno-wschodniej ich części i już zmierzamy tam, gdzie „musi być jakaś cywilizacja”, czyli na wschód. A na wchodzie widnieje ściana lasu, który powoli nabiera barw jesieni (jest początek października, a dokładnie 7 jego dzień). Po drodze mijamy sędziwe drzewa rosnące przy dawnym trackie z pałacu w Kozłówce do folwarku w Samoklęskach. Niektóre z nich to już jedynie sterczące kikuty żywcem przypominające starą wierzbę z „Konopielki” spod, której wylazł wędrowny dziad. My dziada jednak nie spotykamy, zauważamy tylko, że … pogoda się wyraźnie zmieniła, już „deszcz, jesienny deszcze” smutnych pieśni nie gra, za to słoneczko coraz śmielej sobie poczyna oświetlając las, zaorane zagony i dodając blasku chmurom, które jeszcze niedawno obfici nas rosiły. Słowem: jest pięknie! I aż się chce zakrzyknąć na Panem Zagłobą „Bóg nagrodził męstwo!” bowiem niezrażeni złymi warunkami pogodowymi doczekaliśmy się wreszcie pięknej pogody.

 

Lecz zaklinam niech kruki nie tracą nadziei

 

W dobrych nastrojach weszliśmy w las. Na leśnym parkingu w Bratniku słoneczko pozwalało sobie już więcej. Złociło opadłe liście, subtelnym blaskiem podkreślało urodę zeschłych traw i wygrzewało pnie starych dębów jakby wiedziało, że starcy, nieważne jakiego gatunku, lubią sobie wygrzewać „gnaty”. Las był suchy, szeleszczący nieco, ale ogólnie dość … cichy, bo wszak to październik. Czasem można było usłyszeć „tink-tink” bogatki, „plumkanie” kowalika, jakiś spóźniony pierwiosnek (albo taki, któremu bardzo się u nas podoba) zamiast odlecieć na południe jeszcze „liczył pieniądze” w koronach drzew. Ale poza tym cisza. Do Kruczego Bagna dotarliśmy w tej jesiennej melancholii, którą przerywał od czasu do czasu … warkot piły. Zapałaliśmy nieodpartym pragnieniem sprawdzenia czy Krucze Bagno nadal jest bagnem, bo że jest krucze mogliśmy wywnioskować z unoszącego się nad nami gardłowego krakania – nieomylnego znaku, że kruki nad nami krążą i … wciąż nie tracą nadziei. Nie było wielkim zaskoczeniem to, że na bagnie na bagno nie natrafiliśmy. Doszedłszy suchą stopą, a dokładniej butem, do połowy bagna wypłoszyliśmy jedynie kilka łań a bagna jak nie było tak nie ma i nic nie wskazuje na to, żeby się tam gdzieś dalej zaczynało, bo nawet przysłowiowej złamanej wełniaki nie było widać. O tempora !, żeby na bagnie nie było bagna?!. No cóż, takich właśnie czasów doczekaliśmy … suchych i nie ma nadziei na to, że się to szybko zmieni – wbrew opinii zajadłych przeciwników zjawiska globalnego ocieplenia.

Od Kruczego Bagna już tyko przysłowiowy rzut beretem z hakiem do Dąbrówki. Należy jedynie minąć zrąb z pozostawionymi pojedynczymi sosnami (z którejś z nich zawsze zerwie się jakiś myszołów), posłuchać jeszcze charakterystycznego turkotu największego z naszych dzięciołów – czarnego, ominąć mrowisko i już wychodzimy do tej malowniczej śródleśnej wioseczki, w której osiągamy nieco ponad połowę przyszłego Szlaku śladami ks. Stefana Wyszyńskiego po Kozłowieckim Parku Krajobrazowym. Tu pora jednak zakończyć naszą wędrówkę bo choć co prawda serca w nas goreją (w Dąbrówce pod słupem elektrycznym przy drodze zresztą też), to rozum podpowiada jednak, że oto zbliża się godzina 15.30 i koniec dnia roboczego. Na dalsze godziny pracy musimy wypełnić odpowiednie formularze, przedstawić do podpisu itd. A te formalności męczyły nie tylko kapitana Wagnera ze słynnej komedii „CK Dezerterzy” – nas również, stąd kończymy – na razie – wyprawę przyszłym szlakiem wkrótce Błogosławionego, ale

 

c.d.n. … niebawem

 

tekst: Krzysztof Wojciechowski, Biuro ZLPK

foto: Anna Fic-Lazor i Agata Ulanowska, Muzeum Zamoyskich w Kozłowce, Krzysztof Wojciechowski, Biuro ZLPK