Wiosenne czytanie przyrody nad Wieprzem

Rybitwy, perkozy, łyski, gąsiorki a nawet bieliki mogli podziwiać uczestnicy warsztatów terenowych „Wiosenne czytanie przyrody” prowadzonych w nadwieprzańskim Sobieszynie-Brzozowej przez pracowników ZLPK.

Można powiedzieć, że wiosenne czytanie przyrody w Sobieszynie staje się już powoli „nową świecką tradycją”. Pierwsze warsztaty „Jak czytać przyrodę?” odbyły się w Zespole Szkół im Kajetana hrabiego Kickiego w Sobieszynie niemal równo rok temu (12 czerwca). Możemy o nich przeczytać na naszej stronie: http://parki.lubelskie.pl/aktualnosci/jak-czytac-przyrode

Dnia 4 czerwca br. dzięki uprzejmości i zaangażowaniu Pana Wojciecha Niedziółki, nauczyciela w ZS im. Kajetana hrabiego Kickiego znów mogliśmy spotkać się z umundurowanymi uczniami „od Kickiego” i ruszyć na wspólne wiosenne poznawanie przyrody. Przewodnikiem w tym poznawaniu był pracownik Biura ZLPK Krzysztof Wojciechowski, ale nie mogło też zabraknąć miejscowego reprezentanta ZLPK czyli Pana Jarosława Szlendaka, kierownika Ośrodka Edukacji Ekologicznej ZLPK w Sobieszynie. Ruszyliśmy spod murów bardzo gościnnego, żeby nie powiedzieć, że wręcz smakowitego internatu, bo droga czekała nas nie krótka i nie łatwa, stąd niezbędne było „tankowanie” na początek. Panie kucharki zatroszczyły się o to by cała nasza, w większości umundurowana, grupa nie padła z wycieńczenia w tracie wędrówki (osobna sprawa, że niewiele brakło, żeby padła z … przejedzenia, ale o to nie możemy mieć pretensji). Choć co prawda planowaliśmy także poznać rośliny, które w razie potrzeby można skonsumować, ale wiadomo kiedy się ma do wyboru pomidorową i wybornie przyrządzony udziec ptasi, to nikomu jakoś nie spieszy się by opychać się liśćmi lipy, pokrzywy czy korzeniami tataraku.

Z pełnym brzuchem i pełni dobrych humorów ruszyliśmy zatem … na północ. Pierwsi skrzydlaci goście powitali nas swoim śpiewam już na progu budynku. Z wysokich lip i dębów przed nami dochodziły uparte trele najpospolitszego naszego ptaka – zięby. Samiec tego gatunku jak wiadomo robi wiele hałasu. Na szczęście poza tym buduje też solidne i ciepłe gniazdo dla swych młodych. Nie mniej śpiewny był tego dnia samiec pleszki, który niechybnie również miał gniazdo w jednej z licznych dziupli w parkowych olbrzymach. Jednak nie tylko w górę patrzyliśmy. Po drodze poznawaliśmy te rośliny, które można zjeść (jak wspomniane liście lipy) albo służyć nam mogą za opatrunek (jak liście babki zwyczajnej). Jeśli już mowa o jedzeniu to szczególnie znaczenie miały napotkane po drodze drzewa. Prócz liści lipy skonsumować można także liście dębu – jeśli ktoś cierpi na niestrawności. Niezapomniany smak ma także sałatka z młodych listków pokrzywy zwyczajnej. Miłośnika takich specjałów nie zrazi nawet bliskie podobieństwo łacińskiej nazwy pokrzywy z … uryną. Po łacinie nazywa się ona bowiem Urtica dioica i w rzeczy samej związki tu pewne zachodzą, jednak … po cóż sobie psuć apetyt na pożywną i pełną żelaza sałatkę z pokrzywowych liści. Warto też skorzystać z okazji kwitnienia robinii białej niesłusznie nazywanej akacją, której piękne kiście kwiatów można po prostu usmażyć. Mają niezapomniany nieco miodowy smak. Jeśli zaś idzie o Bożą aptekę, to na kurzajki najlepsze jest żółte mleczko z glistnika jaskółcze ziele. Nie tylko zresztą lecznicze czy kulinarne właściwości roślin poznawaliśmy w trakcie warsztatów. Również te bardziej utylitarne, połączone zresztą z wymierającym już językiem. Mało kto bowiem dziś już pamięta co to jest rozwora, rożeń, ryczon, orczyk czy kłonica – a wszystko to kiedyś wyrabiało się z naszego poczciwego i trochę niedocenianego grabu. Odrywaliśmy również inne niż kulinarne czy wręcz monopolowe zastosowanie niektórych roślin jak np. chmielu, który wszystkim kojarzy się z tym jakże nielubianym zwłaszcza przez młodzież napojem, albo z szamponem i kosmetykami. Tymczasem liście chmielu choć i nieco „paździerzyste” mają również inne zastosowanie, zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że strategiczne, zwłaszcza w obliczu braku w zasięgu ręki liści łopianu lub choćby chrzanu. Na marginesie ten drugi ma również znaczenie kulinarne, o czym wie każdy, komu przyszło przygotowywać przetwory z ogórków. I tak brodząc wśród bujnej zieleni sobieszyńskiego parku doszliśmy do słynnych sobieszyńskich stawów.

W krainie rybitw, perkozów i łabędzi…

Wyprowadziła nas na stawy szeroka grobla i od razu odkryło się przed nami całe piękno tych zbiorników wodnych. Najliczniejsze i najgłośniejsze były oczywiście rybitwy, zwłaszcza rybitwy czarne, które tu na „polach” osoki gniazdują. Ale nie tylko one. Zakołowały z głośnym krzykiem nad naszymi głowami najweselsze z mew, czyli śmieszki posiadające aktualnie piękną białą szatę i czekoladowe głowy. Lustrując taflę stawu dostrzegliśmy łysoczołego chruściela czyli łyskę, która prócz tejże białej łysiny czoła odziana jest wytworny czarny jak matka noc „smoking”. W jej bezpośrednim sąsiedztwie dojrzeliśmy dwa czubate kształty, a ilość tychże czubów na każdej z głów utwierdziła nas w przekonaniu, że oto przed nami większe nurki od łysek – perkozy dwuczube. Ale co to za „uciekinierzy z więzienia” kręcą się koło starych perkozów?. Tu żaden ornitolog nie może mieść wątpliwości, bo takich młodych nie ma żaden ptak. Tylko perkoz nie wstydzi się, że jego pisklęta odziane są w pasiaki. Zwłaszcza ich głowy do złudzenia przypominają więzienne wdzianka. Nie sprawia to jednak wrażenia na perkoziej mamie, która dosłownie na plecach nosi swoje pociechy. Te, które obserwowaliśmy były już zbyt duże i gdyby wygramoliły się na grzbiet troskliwej mamusi, to zmieniałby się w … submarine i bynajmniej, nie yellow, słowem doświadczyłaby tego jak ciężko jest być matką. Młode jednak wiedzą, że „matka jest tylko jedna” i trzeba ja szanować, dlatego ograniczyły się do przyjmowania od mamusi świeżych rybek. Wkrótce jednak naszą uwagę przykuł ptak o wiele dostojniejszy. Pod pełnymi żaglami wypłynęło bowiem na tafle stawu ponad 20 kilogramów ptaka. A jako, że dropie nie są białe i nie pływają to mogliśmy być pewni, że to najbardziej małomówny z naszych łabędzi – łabędź niemy. Te obecnie najcięższe polskie ptaki gniazdują na sobieszyńskich stawach, co więcej w okolicy gniazduje także ich bardziej gadatliwy kuzyn, czyli łabędź krzykliwy. Ja się wzajemnie porozumiewają obaj kuzyni nie wiadomo, istnieje podejrzenie, że gadatliwy krzyczy a niemy po prostu „przytakuje mu” kiwając swą głową na łabędziej szyi. Balet w wykonaniu tych olbrzymów zadziwiłby pewnie nawet … Czajkowskiego, ale mało jest to prawdopodobne byśmy go kiedykolwiek ujrzeli, za to metaliczny poszum skrzydeł lecących w powietrzu białych monstrów zapamięta każdy, kto choć raz go usłyszy. Towarzyszyła nam także wszelka ptasia drobnica. A to przeleciała sikorka, to znów niezgrabnie ciągnąc za sobą swój nieproporcjonalnie długi ogon przefrunęła pliszka siwa, to znów gdzieś z trzcin wydzierał się w niebogłosy trzciniak próbując swym wrzaskiem nachalnie zwrócić uwagę na swoją lichą posturę. Nie tylko o zresztą „leczył kompleksy” w ten sposób. Także kosy w lesie robiły rabanu, jakby ich tam całe stada buszowały, zaś na skraju leśnej przecinki żółtobrzuchy trznadel już od 200 lata (podobnie jak jego przodkowie) usiłuje udowodnić swoje autorskie prawa do V symfonii, którą na początku XIX wieku skradł mu pewien głuchy Niemiec z Bonn. Jako, że temperatura wskazywała raczej nie na chłodne Niemcy a na bardziej śródziemnomorskie klimaty, to też i wkrótce ujrzeliśmy hiszpańskiego bohatera, tyle, że na miarę naszych, nadwieprzańskich terenów. Na ciernistym krzewie siedział prawdziwy Zorro. Co prawda nie w czarnym płaszczu i bez szpady przy boku, ale za to z przepisową czarną przepaską na oczach. Wprawne oko ornitologa rozpoznało pod nią gąsiorka – najbardziej rozpowszechnionej naszej dzierzby. Szpady gąsiorek co prawda nie ma i nie nadziewa na nią złych, brzuchatych Hiszpanów, ma za to dziób z „zębem” na końcu i chwyta nim chrząszcze, które nadziewa … na kolce.  

Nieco już zmęczeni wracaliśmy na bazę, ale sobieszyńskie stawu uraczyły nas jeszcze „wisienką na torcie”. Oto z oddali nadlatywało jakieś ogromne ptaszysko atakowane przez jakiegoś małego konusa. Chwyciliśmy za lornetki. Nie było wątpliwości, że „szarżuje” na nas … godło państwowe. Bielik w całej swej okazałości leciał wprost na nas. Grubo ponad 2 metry rozpiętości skrzydeł i prawie 5 kg zbliżało się do nas nieco chybotliwym lotem. Zaś ów „konus”, który go atakował okazał się być stałym bywalcem stawów – błotniakiem stawowym, na marginesie też o niemałej, bo ponad metrowej rozpiętości skrzydeł. Oba ptaki zakołowały nad nami po czym zawróciły i odleciały w stronę położonego na wschodzie lasu. Bielik był młodym osobnikiem o niewybarwionym jeszcze ogonie, ale i tak poraził rozmiarami.

Powrót

A jeśli już o rozmiarach mowa, to w drodze powrotnej mogliśmy podziwiać pomnikowych rozmiarów wiąz, który rósł za rzeczką przy stawach. Drzewo to z całą pewnością zasługuje na bycie pomnikiem przyrody także w sensie prawnym.

Po drodze zajrzeliśmy także na znane nam lęgowiska żółwia błotnego. Niestety w tym roku również zastaliśmy „pobojowisko”. Znów czterołapi albo skrzydlaci amatorzy jajecznicy z żółwia wybebeszyli kilka jego komór lęgowych wyjadając jajka. Co prawda, jak się szacuje żółwie przetrwały już na ziemi ok. 200 milionów lat i przeżyły niejedną katastrofę, ba i same pojedyncze osobniki mogą przeżyć ponad wiek, stąd wydaje się, że takie „kataklizmy” do dla żółwi przysłowiowe „małe piwo”. Nie mniej jednak przykłady z zachodniej Polski czy Europy pokazują, że na pewnych obszarach na skutek działań człowieka i drapieżników żółw błotny może wyginąć. A chciałoby się abyśmy nie tylko my, ale i ci co po nas przyjdą mogli jeszcze oglądać „żelazne żaby” w naturalnym środowisku.

Znaną już ścieżką dotarliśmy do parku i znajomego nam budynku internatu. Wiosenne poznawanie przyrody A.D. 2019 dobiegło końca. W tym miejscu pragniemy serdecznie podziękować uczniom, którzy mimo jakże napiętego grafiku „poprawiania ocen” znaleźli czas by się z nami powłóczyć po lasach i stawach. Osobne wielkie podziękowania należą się Panu Wojciechowi Niedziółce, który niezmordowanie organizuje i zachęca uczniów do udziału w warsztatach jak i winnych pożytecznych i ciekawych inicjatywach. Liczymy na to, że był to czas nie tylko poznawania przyrody i wzbogacania wiedzy o niej, ale też mamy nadzieje, że uczniowie dostrzegli – jak pisał patron szkoły w swym testamencie - „rzeczywisty urok piękna” swojej okolicy. Wierzymy, że widoki te „najobojętniejsze nawet usposobienie, przez poczucie istotnego piękna z uśpienia poruszyć będą zdolne”.

Tekst: Krzysztof Wojciechowski, Biuro ZLPK

Foto: Wojciech Niedziółka, Zespół Szkół im. Kajetana hrabiego Kickiego w Sobieszynie